Bobby Fischer kontra reszta świata - Rozdział 7 - Wyłaź, tchórzu!
O godzinie dziesiątej rano w poniedziałek, 3 lipca, Thorarinsson przedstawił sytuację premierowi Olavurowi Johannesonowi. – Co mam zrobić? – zapytał premier. – Może poprosisz Biały Dom, żeby interweniował? Trzeba Fischera porządnie popchnąć. Johanneson zgodził się spróbować. Parę godzin później powiedział Tremblayowi, że obywatele i rząd Islandii poczują się obrażeni, jeśli pan Fischer nie przyjedzie na mecz. Jego nieobecność będzie niekorzystna dla pozycji Stanów Zjednoczonych w Islandii. Premier oświadczył, że ma nadzieję, że jego słowa zostaną niezwłocznie przekazane rządowi amerykańskiemu na odpowiednim szczeblu. O dziewiątej rano czasu waszyngtońskiego Tremblay poinformował swoich przełożonych w departamencie stanu.Rozdział 7
„Wyłaź, tchórzu!”
***
– Mówi Marshall.
– Czy to pan Paul Marshall, adwokat pana Roberta Fischera?
Głos był daleki i brytyjski.
– Zgadza się.
Marshall wyglądał okropnie, a czuł się jeszcze gorzej. Spał niewiele więcej niż godzinę.
– Panie Marshall, tu mówi Robert Toner. Jestem producentem i pracuję dla BBC. Pan James Slater złożył właśnie publiczną ofertę. Jeżeli pan Fischer pojedzie do Reykjaviku i zagra z panem Spasskim, pan Slater dołoży pięćdziesiąt tysięcy funtów do funduszu nagród.
– Co?! – Marshall usiadł prosto i sztywno jak kołek, czym przestraszył żonę.
– Podwoi fundusz nagród. To znaczy, jeżeli pan Fischer zagra.
Marshall zamrugał i sprawdził pokój. Wciąż tam był.
– Czy to jest jakiś kawał? – Jego twarz pociemniała. – Bo jak to jest kawał...
– Nie, nie, panie Marshall! Przy mnie jest pan Leonard Barden, korespondent szachowy gazety „Evening Standard”. Pan Slater zatelefonował do pana Bardena dzisiaj rano i upoważnił go do... Chwileczkę, oto sam pan Barden.
Barden powiedział, że Slater zadzwonił do niego przed mniej więcej godziną i zapytał o szanse ściągnięcia Bobby’ego do stołu gry. Barden odpowiedział, że Bobby „domaga się pieniędzy ze sprzedaży biletów wstępu” i szanse wyglądają dość marnie, chyba że ktoś wykona jakiś nadzwyczajny gest.
Na co Slater wypalił: ”Podwoję fundusz nagród”. Bobby może wybrać, w jaki sposób dodatkowe pieniądze będą wypłacone: zwycięzca bierze wszystko albo podział według zasad FIDE, to znaczy pięć ósmych dla zwycięzcy, trzy ósme dla pokonanego.
Marshall wciąż był nieufny.
– Kim jest ten James Slater?
– James Slater z korporacji Slater-Walker...
Marshall przełknął ślinę. Ten James Slater z British Leyland, wielki konglomerator brytyjskiego przemysłu.
– Rozumiem – przerwał Marshall. – Proszę mi wybaczyć szczerość, panie Barden, ale jaką korzyść będzie miał z tego pan Slater? Dlaczego nagle zamienia się w słodkiego szachowego tatuśka?
Barden był w szoku. Nazwanie mecenasa brytyjskich szachów słodkim tatuśkiem było jak nazwanie słońca elementem oświetleniowym.
– To wspaniały gest sportowy – powiedział Marshall, kiedy Barden go uświadomił. – I może uratować mecz. Ale zanim przekażę tę ofertę Bobby’emu, chcę ją usłyszeć z ust pana Slatera.
Dziesięć minut później Marshall usłyszał. Slater miał jeden warunek: chciał, aby jego propozycja została przedstawiona jako wyzwanie. Marshall podpowiedział mu odpowiednie sformułowanie: „Wyłaź, tchórzu!”
Slater się zgodził i zakończył rozmowę. Marshall opadł na poduszkę i śmiał się nieprzytomnie do sufitu.
***
Czterdzieści minut później Marshall zadzwonił do Bobby’ego. W międzyczasie wziął prysznic, ogolił się, ubrał, zjadł śniadanie i przećwiczył rozmowę, którą miał odbyć. Musiała być perfekcyjna.
– Paul? – Bobby odezwał się półprzytomny od niewyspania. – Co jest?
Marshall mu powiedział.
– Tak? – Bobby też był radośnie zaskoczony. – To świetnie!
Marshall poinformował go o warunkach. Bobby zdecydował natychmiast.
– Podzielimy te pieniądze tak samo jak resztę funduszu nagród.
Marshall był zdziwiony. Spodziewał się, że Bobby postawi wszystko na swoją wygraną. W każdym razie te pieniądze imponowały Bobby’emu tylko trochę. Po początkowym zaskoczeniu Bobby nabrał podejrzeń.
– Kim jest ten facet?
Marshall wyjaśnił, dodając:
– Slater uważa, że nie będzie musiał wydawać tych pieniędzy. On mówi, że robi to tylko po to, żeby udowodnić, że Bobby Fischer jest mięczakiem.
Bobby zaśmiał się trochę wymuszonym śmiechem. W końcu, rozdarty między podejrzeniem a radością, powiedział:
– Brzmi ciałkiem nieźle. Myślę, że... Pomyślę o tym.
– Zadzwonię później – powiedział Marshall.
***
Po rozmowie z Marshallem Bobby wrócił do łóżka, ale nie mógł spać. Czuł się tak, jakby bomba eksplodowała w jego głowie.
Tymczasem na dole rodzina Saidych znalazła się w oblężeniu. Wiadomość o propozycji Slatera rozniosła się po świecie mniej więcej w tym samym czasie, kiedy Marshall telefonował do Bobby’ego. Pół godziny później news trafił do wszystkich redakcji w Nowym Jorku. Około 9.30 oba telefony w domu Saidych zaczęły dzwonić. Przed dziesiątą pierwszy reporter stał u drzwi. O 10.30 tuzin dziennikarzy, fotoreporterów i kamerzystów telewizyjnych krążyło wokół domu. Przed południem, kiedy Bobby akurat był na dole, jeden z fotoreporterów wspiął się po bluszczu na ścianę domu i wetknął obiektyw teleskopowy przez okno.
– Zmywaj się! – wrzasnął Peter.
Bobby ze śmiechem potruchtał do drugiego pokoju. Jego nastrój się poprawił.
Telefon zadzwonił po raz trzydziesty. To był Thorbergsson. Tony był zbulwersowany. Ten człowiek przyleciał aż z Islandii i był teraz tylko dwie przecznice stąd, na stacji kolejowej w Douglaston. Ale pytanie w tej chwili Bobby’ego, czy przyjmie gościa, byłoby jak pytanie człowieka podczas operacji mózgu, czy ma ochotę na towarzystwo.
Tony zapytał.
– Nie! – odpowiedział Bobby z irytacją. – Nie mogę się z nim spotkać.
Pani Saidy była wściekła.
– Bobby! – wybuchnęła. – Nie możesz odmówić spotkania się z człowiekiem, który przyjechał tutaj z Islandii specjalnie po to, żeby się z tobą zobaczyć. Tak się nie robi!
– Nie prosiłem go o to – odpowiedział Bobby.
Tony kazał Thorbergssonowi zadzwonić jeszcze raz za godzinę lub dwie. Osiem godzin później Thorbergsson ciągle czekał na stacji kolejowej. Pod koniec czuwania odkrył go reporter telewizji NBC Pat Collins. Thorbergsson doznał wątpliwej pociechy opowiedzenia swojej historii amerykańskim widzom w programie wieczornych wiadomości NBC.
Niedługo po telefonie od Marshalla Bobby’ego opadły wątpliwości.
– Ta cała afera ze Slaterem niczego nie zmienia – powiedział. – Nadal nie spełniono moich żądań. Skąd mam wiedzieć, że ci Islandczycy zapłacą swoją część? Przypuśćmy, że tam pojadę. Skąd mam wiedzieć, że stamtąd wyjadę?
Kiedy to mówił, relacjonowała pani Saidy, przewracał oczami i wyglądał „bardzo dziwnie”.
– Nie! Nie! – upierał się, gdy ktoś wyśmiewał jego obawy. – Ci Islandczycy mogą mnie tam przetrzymywać bez końca. – Jeszcze raz przewrócił oczami. – Nigdy nie wiadomo!
Przez siedem koszmarnych, niekończących się dni Tony służył Bobby’emu z cierpliwością świętego, zapalając małe świeczki nadziei. Jedną po drugiej Bobby je zdmuchiwał i przeklinał ciemność. Wtedy Slater, rzecz niewiarygodna, zapalił ogień latarni tak wielki, że Tony wreszcie zobaczył jasno oświetloną drogę do Islandii. A teraz Bobby stał i sikał na płomienie.
– Mój Boże, Bobby! – Tony eksplodował. – Masz najlepszy kontrakt w historii szachów. I właśnie go podwojono. Czego ty jeszcze chcesz?
Usta Bobby’ego zamknęły się jak zamek błyskawiczny. Po minucie poszedł do swojego pokoju. Tony osunął się na sofę. Czy natarł na niego za ostro? Widząc, co się dzieje z synem, pani Saidy zdecydowała.
– Nie obchodzi mnie, czy on pojedzie do Islandii, czy nie. Ale wiem jedno, Anthony. Ty tam na pewno nie pojedziesz!
***
O pierwszej po południu Reykjavik był ulem huczącym od spekulacji. Kilka minut po tym, jak Barden się rozłączył, Euwe powiedział Thorarinssonowi, Cramerowi i jeszcze paru innym o ofercie Slatera. Cramer przebiegł przez lobby hotelu Loftleidir, przekazując informację jednemu dziennikarzowi po drugim. Nikt mu nie wierzył, ale po dziesięciu minutach na każdej linii telefonicznej wychodzącej z Islandii czekało po dziesięć rozmów w kolejce. O drugiej pojawił się Euwe. Stu reporterów rzuciło się na niego.
– Czy to znaczy, że Bobby przyjeżdża?
– Jak się dowiecie – powiedział Euwe – to dajcie mi znać.
***
Jakiś czas przed południem czasu nowojorskiego Marshall zadzwonił do Bobby’ego, aby usłyszeć jego decyzję.
– Nie wiem – powiedział Bobby posępnym głosem. – To znaczy, oferta jest w porządku, ale pozwala wywinąć się Islandczykom. A to nie jest w porządku. Jak pojadę, oni na tym zyskają, a nie zrobili nic, żeby na to zasłużyć. Oni mnie tylko wykorzystują do robienia pieniędzy, a ja im na to nie pozwolę!
Po dziesięciu minutach takiej rozmowy Marshall miał dość.
– No, dobrze, Bobby – powiedział. – Musimy kończyć. Za pięć minut, jeżeli nie usłyszę od ciebie: „tak, jadę”, rozłączę się i to będzie koniec. Już nie odbiorę żadnego telefonu. Jest święto i mnóstwo przyjemnych rzeczy mógłbym teraz robić. Wyjeżdżam i nie zostawię numeru. Tak więc pięć minut. Decyduj się.
Spierali się jeszcze przez dwie, trzy minuty. Wtedy Marshall powiedział:
– Czas upłynął. Decyduj się, bo odkładam słuchawkę. Jedziesz?
– Dobra! Dobra! – Bobby wykrzyknął prawie z gniewem. – Tak, jadę!
– To dobrze – Marshall powiedział spokojnie. – Chcesz pogadać z Billem?
– Tak... Ale chcę mieć w ręku bilet powrotny, zanim wsiądę do samolotu, rozumiesz?
Lombardy podszedł do telefonu.
– Pojedziesz ze mną? – zapytał Bobby.
– Nie prosiłeś mnie wcześniej. Poza tym podpisałem kontrakt na komentowanie meczu w telewizji.
– Kto inny może komentować – Bobby powiedział od niechcenia. – To na razie.
Marshall uśmiechnął się szeroko.
– Bill, miałeś najkrótszą karierę w historii telewizji.
***
Henry Kissinger zadzwonił do Bobby’ego mniej więcej pół godziny po tym, jak Marshall się rozłączył. Był to pomysł Jamesa Slatera, a telefon zorganizował David Frost, partner Slatera w firmie o nazwie Udziałowcy Kapitałowi. Operatorka powiedziała Tony’emu, że dzwoni „doradca Białego Domu”, więc Tony pobiegł na górę po Bobby’ego.
– Jaki doradca? – Bobby nie miał zamiaru odbierać telefonu od byle jakiego doradcy Białego Domu.
Tony sprawdził i powiedział, że dzwoni Kissinger. Bobby podszedł do telefonu. Kissinger był zręczny jak zwykle.
– Mówi jeden z dwóch najgorszych szachistów świata do najlepszego szachisty świata – zaczął Kissinger i wyjaśnił, że rozumie, że Bobby ma pewne trudności z ustaleniem warunków meczu. Powiedział, że ten mecz jest bardzo ważny dla międzynarodowego prestiżu Stanów Zjednoczonych. Nie dyskutował o tym z prezydentem, ale jest przekonany, że prezydent przyłączyłby się do niego w zachęceniu Bobby’ego do pokonania swoich trudności i zagrania w tym meczu dla dobra kraju.
„Krótko mówiąc” – Kissinger później wspominał – „kazałem mu ruszyć dupę i zabierać się do Islandii”.
Bobby słuchał tego wszystkiego w milczeniu i było widać, że jest pod wrażeniem. Potem z szacunkiem podziękował „panu Kissingerowi” za telefon i powiedział, że bardzo dokładnie przemyśli to, co powiedział Kissinger. Kissinger z całego serca życzył mu szczęścia i odłożył słuchawkę.
Trochę po 3.30 Marshall i Lombardy przyjechali do domu Saidy’ego w kombi linii lotniczych Loftleidir. Było już tam ze dwudziestu dziennikarzy z prasy i telewizji i prawie stu ludzi z okolicy, którzy stali na ulicy albo na trawnikach sąsiadów. Dwóch policjantów kierowało ruchem.
Tony powiedział, że Bobby jest wciąż na górze. Marshall zatelefonował do prezesa firmy TelePrompTer.
Marshall: Ale Bobby nie pojedzie bez Lombardy’ego!
TelePrompTer: Ostrzegam, że wytoczę wam proces!
Marshall: Proces! Za co? Za niekomentowanie meczu, który się nie odbędzie, jeśli Lombardy będzie go komentować?
W końcu TelePrompTer zgodził się na odejście Lombardy’ego i przyjęcie Arthura Bisguiera na jego miejsce.
Telefon znowu zadzwonił. Hans Indridason poinformował, że on i Tedd Hope zaparkowali kombi przy stacji kolejowej. Co mają robić?
– Czekajcie tam. Wezwiemy was.
„Znowu to samo” – pomyślał Indridason. Zaczęło padać, i to mocno. Godzinę później Indridason wykonał jeszcze jeden telefon.
– Przyjeżdżajcie – powiedział Marshall.
Hope zaparkował na podjeździe domu Saidych i zobaczył walizki Bobby’ego ułożone jedna na drugiej przy drzwiach kuchennych. W salonie wszyscy byli podekscytowani, ale też przestraszeni, jak dzieci, które obserwują powiększający się balon i zastanawiają się, kiedy pęknie. Marshall powiedział, że szanse wyglądają dobrze.
– Ale nie zakładajcie się o swoją dupę, jeżeli nie macie zapasowej.
Hope dał Marshallowi cztery bilety powrotne do Reykjaviku: jeden dla Bobby’ego, jeden dla Lombardy’ego i po jednym dla Marshalla i jego żony. Zatroskana pani Saidy mówiła coś półgłosem o Tonym, który leżał na kanapie w salonie jak człowiek wydający ostatnie tchnienie.
O godzinie piątej po południu Peter poszedł do pokoju Bobby’ego z sokiem pomarańczowym. Dziesięć minut później Bobby zszedł na dół. Nadal w koszuli, był opryskliwy i wyglądał marnie. Kiedy zobaczył Hope’a i Indridasona, poszedł prosto do tylnych drzwi, żeby sprawdzić, czy jego walizki tam są.
– Nie ważcie się dotykać moich bagaży! Pod żadnym pozorem. Zrozumiano?
Tony się ocknął. Ale Bobby z nim nie rozmawiał. Nikt nie mówił za wiele z obawy przed wstrząśnięciem nitrogliceryny w głowie Bobby’ego. Po paru chwilach Bobby poszedł do swojego pokoju i wszyscy odetchnęli.
Ostrzeżony, że „Bobby nie lubi, jak są żony”, Marshall zmienił plany.
– Lepiej nie będę brał Betty – powiedział do Indridasona i Hope’a. – Zadzwonicie na lotnisko i odeślecie ją do domu?
Następnie poszedł na górę do Bobby’ego.
Po dziesięciu minutach Marshall znowu był na dole, cały promienny.
– Zadzwońcie jeszcze raz na lotnisko! – zwrócił się do Hope’a. – Bobby powiedział, że Betty może jechać.
Około szóstej Bobby zszedł na dół bez zaproszenia. Ubrany do podróży, był podniecony, lecz zdecydowany.
– Chcę się widzieć z prasą! Chcę złożyć oświadczenie!
Hope i Indridason nie mogli uwierzyć własnym uszom. Przez cały tydzień, na naleganie Bobby’ego, knuli wyszukane intrygi, aby ominąć prasę. Teraz z nieznanego powodu Bobby wychodził z siebie, żeby spotkać się z bestią, którą drażnił.
Marshall zapytał gładko, gdzie chce odbyć konferencję prasową, może w salonie?
– Nie, nie! – odpowiedział Bobby.
Przebywanie w zamkniętym pomieszczeniu z tą zgrają było ponad jego siły. Będzie stać w drzwiach frontowych, a dziennikarze niech rzucają pytania z trawnika.
Kiedy drzwi się otworzyły, dziennikarze podeszli bliżej. Bobby się pokazał i został oblany ulewnym deszczem. Jego nowe czerwone spodnie były mokre. Odwrócił się i szybko schował do środka.
– Tak nie jest dobrze! – powiedział. – Musimy to zrobić inaczej. Spotkam się z jednym dziennikarzem tutaj, to wszystko!
Ale jeden dziennikarz nie był w stanie zadowolić wszystkich mediów. Marshall zaproponował serię mniejszych konferencji i Bobby niechętnie się zgodził.
Kiedy weszła ekipa telewizji ABC, Bobby przeżył chwilę paniki.
– Kim jest ta kobieta? – zapytał przestraszony, wlepiając wzrok w damę w średnim wieku, która pojawiła się w salonie. Stała zaledwie parę kroków od niego z twarzą zwróconą w jego stronę, a on nie rozpoznał pani Saidy!
Kiedy zaczęła się pierwsza sesja, Indridason i Hope przyszli do salonu z kuchni.
– A ci faceci czego tu szukają? – zdenerwował się Bobby. – Mają się stąd wynosić, bo zaraz przerwę konferencję!
„Ci faceci” wybiegli tylnymi drzwiami i skierowali się do samochodu.
– Pierdolić go! – powiedział Hope.
– Jeszcze jak! – zgodził się Indridason. – Po pięciu dniach gonienia za jego dupą po całym bożym świecie nie musimy tego znosić!
Lombardy popędził za nimi.
– Nie bierzcie tego do siebie. On już taki jest. Weźcie pod uwagę jego charakter i niech to po was spływa.
Hope zapytał, dlaczego cały świat musi dostosowywać się do Bobby’ego, a nie na odwrót, ale dali się przekonać.
Bobby był roztrzęsiony, kiedy zaczęły padać pytania, lecz jego odpowiedzi były bezpośrednie i mocne. Zapytany o to, czy będzie grać, Bobby odpowiedział:
– Będę grać i wygram.
Na pytanie, czy batalia z Islandczykami była batalią o pieniądze, Bobby odrzekł:
– Nie tylko o pieniądze. Były też inne problemy.
Kiedy zapytano go, czy jego zachowanie jest próbą wyprowadzenia przeciwnika z równowagi, Bobby odpowiedział:
– Nie wierzę w psychologię. Wierzę w dobre ruchy.
Zapytany o to, czy będzie grać w tym meczu dla siebie, jako szachista, czy jako reprezentant swojego kraju, Bobby odrzekł:
– Najpierw jako Amerykanin, potem jako szachista.
Po trzech sesjach Bobby powiedział:
– Dobra. Kończymy.
Właśnie wtedy chłopcy z firmy radiowo-telewizyjnej Metromedia wrócili z przerwy na kawę i dowiedzieli się, że przegapili gwóźdź programu.
– Trudno – powiedział Bobby z niewzruszoną twarzą. – Przedstawienie skończone.
Przyjaciele Bobby’ego okrążyli go i zaczęli mu gratulować. Patrząc, jak Bobby się uśmiecha i kroczy dumny jak paw, Marshall nabrał pewności, że pojedzie. Było dziesięć po siódmej. W poniedziałek samolot startował o dziewiątej, a nie o 9.30. Trzeba kuć żelazo, póki gorące. Jeśli się przygotują teraz, będą mogli wyjechać na lotnisko o 7.30.
W tym momencie Hope poinformował, że lot będzie opóźniony o godzinę. Bobby oklapł i poszedł do swojego pokoju. „Cholera!” – pomyślał Marshall. – „Akurat jak udało się go ruszyć!”
***
W Reykjaviku czuwanie przy umierającym znowu się zaczęło. Koło dziewiątej wieczorem Davis wezwał Cramera do swojego pokoju.
– Jeśli Bobby przyleci – powiedział – rozpęta się piekło na lotnisku. Pięć tysięcy dziennikarzy i fotoreporterów, a jak Bobby zobaczy jednego z nich, może nigdy nie wyjść z samolotu. Trzeba tego uniknąć. Jakieś pomysły?
Cramer wykoncypował plan, żeby samolot linii Lotfleidir zatrzymał się na pasie startowym, powiedzmy półtora kilometra od terminalu w Keflaviku.
– Wysadzamy Bobby’ego. Wsadzamy go do prywatnego samolotu. Lecimy z nim do lotniska w Reykjaviku. Wsadzany go do prywatnego samochodu. Zawozimy go do jego domu albo apartamentu hotelowego. Zanim prasa zorientuje się, co się stało, Bobby już będzie głęboko spał.
Policja i Lofteidir zgodziły się współpracować. Tak samo jak urząd imigracyjny i celny. Ambasada amerykańska zaoferowała dwa samochody, zarezerwowano dwusilnikową Cesnę.
– Teraz potrzebujemy tylko – powiedział Cramer – kierowcy samochodu na lotnisku w Keflaviku, kierowcy samochodu na lotnisku w Reykjaviku i kogoś, kto przeprowadzi bagaż przez odprawę celną. To jest trzech ludzi.
Davis zapytał, czy trzej członkowie ekipy „Life’a” w Reykjaviku zechcą pomóc. Oprócz Bensona i mnie „Life” zatrudnił najlepszego przewodnika w Islandii – Kristjana Arngrimssona.
Islandzka Federacja Szachowa zasugerowała jedną zmianę w planie. Zatrzymać samolot na pasie startowym, tak, ale przesadzić Bobby’ego do samochodu zamiast do samolotu.
– Chcemy mu dać oficjalną eskortę.
Samolot anulowano. Reykjavik był gotów.
***
Na zegarze w salonie Saidych dochodziła godzina dziewiąta. Ani widu Bobby’ego. Co pięć minut przez ostatnie pół godziny ktoś mówił mu, że czas jechać, ale on ciągle był na górze i odpowiadał, że się szykuje. Odstawiono drinki. Wszyscy spoglądali na zegarki.
Nagle Bobby się pojawił, kolorowy i szykowny. Miał na sobie swoje czerwone spodnie, pastelową koszulę z rozpiętym kołnierzem i swoją argentyńską ciemnobrązową skórzaną kurtkę. W ręku trzymał czasopisma szachowe i czerwoną książkę z partiami Spasskiego.
– Wszyscy gotowi? – zapytał.
Blady, z sinym odcieniem, wyglądał jak chłopczyk na trampolinie, który zastanawia się, czemu, och, czemu powiedział, że skoczy.
– Wszyscy gotowi – odpowiedział Marshall.
Żwawo poruszając się w deszczu, Marshall i Tony załadowali bagaże z tyłu kombi. „Bobby patrzył jak jastrząb” – wspomina Indridason – „żebyśmy ja i Tedd nie dotykali niczego, zwłaszcza jego świętego telewizora Sony”.
Pora była ruszać. Marshall obrócił się do Bobby’ego. Bobby się cofnął. Dziennikarze otoczyli samochód.
– Żadnych zdjęć! – oświadczył Bobby.
Przekazano jego żądanie prasie. Marshall znowu obrócił do Bobby’ego. Bobby nadal się ociągał.
– Może zakryć okna samochodu? – zapytał niespokojnie. – Jakby taśmą maskującą.
Przedyskutowano tę sprawę poważnie. Po pierwsze, w domu Saidych nie było dość taśmy, żeby to zrobić. Po drugie, nie było dość czasu, żeby okleić okna taśmą. Po trzecie, tym razem nie będą przejeżdżać w pobliżu dziennikarzy i tłumów.
Dając nagle za wygraną, Bobby pospieszył do kombi i wskoczył na tylne siedzenie. Kliknęło kilka aparatów fotograficznych. Marshall i Beers usiedli po obu stronach Bobby’ego. Hope złapał za kierownicę. Indridason i Lombardy usadowili się obok niego. Samochód ruszył.
– Zaczekajcie! Zaczekajcie! – zawołał Bobby w trwodze. – Mój pas nie jest zapięty!
Nastąpiła dwuminutowa pauza, podczas której Marshall i Beers szukali po omacku końcówek pasa bezpieczeństwa, w końcu je znaleźli i zapięli pas.
Samochód zjechał z podjazdu. Tony powoli zrobił za nim parę kroków, jak człowiek, który wyszedł z piwnicy po huraganie.
Tony potrzebował tygodnia, aby się pozbierać. Pani Saidy była zbyt zajęta, żeby się załamać. Spędziła następne dziewięć tygodni, podróżując z domu do szpitala i ze szpitala do domu. Peter wydrukował duży napis i tego wieczoru, kiedy usiedli do kolacji, znaleźli go na stole w jadalni. Napis brzmiał: JEBAĆ SZACHY.
***
Od domu Saidych w Douglaston do lotniska Kennedy’ego było niecałe dwadzieścia kilometrów. Ruch nie był zły, ale pojawiło się inne utrapienie. Kiedy Hope wyjechał z podjazdu na ulicę, jakiś zielony ford ruszył za nimi i siedział im na ogonie.
Bobby rzucił parę komentarzy na temat prasy, ale ford trzymał się z daleka, toteż Bobby zaczął myśleć o innych sprawach.
– Jesteś z linii lotniczych? – zapytał Indridasona, jakby pierwszy raz się widzieli.
Trochę przestraszony, Indridason opisał swoją pracę i Hope’a. Bobby był pod wrażeniem.
– Tak? Wyglądacie młodo.
Indridason wyjaśnił, że obaj mają po dwadzieścia dziewięć lat.
– Jesteście młodzi jak tak odpowiedzialne stanowiska. Dużo latacie?
Rozmowa o zielonym fordzie, który ciągle jechał za nimi, przeszła w rozmowę o dziennikarzach. Bobby oznajmił, że woli telewizję od gazet jako środek przekazu wiadomości.
– Można zobaczyć ludzi, o których mówią. Podoba mi się to.
– W Islandii nie pooglądasz sobie telewizji – powiedział mu Hope. – Mają tylko jeden kanał i telewizja nie działa przez cały lipiec.
– Żartujesz!
Aby podrażnić Indridasona, Hope powiedział, że Islandia nie jest taka zła.
– Mają tam drzewo. To jest narodowe drzewo Islandii.
Bobby zaśmiał się gromko. Wszyscy byli ciekawi, jak długo potrwa jego dobry humor.
Na obrzeżach lotniska Kennedy’ego Hope zjechał na parking. Ford zrobił to samo. Grupa Fischera przeniosła się z kombi linii Loftleidir do kombi marki Mercury, prywatnego samochodu Hope’a.
– Nikt nas w nim nie zauważy.
Następnie Hope wyjechał mercurym z parkingu z powrotem na drogę. Ford podążył za nimi. Bobby był oburzony. Hope go uspokoił.
– Zgubimy go przy wjeździe. Nie może wjechać na płytę lotniska bez tablic Zarządu Portu.
Perspektywa zatrzaśnięcia się bramy przed nosem prześladowcy przemówiła do Bobby’ego. Zarechotał i powiedział, że bardzo lubi pościgi.
– Takie jak w filmie „Bullitt”. To było świetne.
Dodał, że podoba mu się Steve McQueen.
– Jego twarz jest bez wyrazu. Ale wiesz, co on myśli.
Ford zbliżył się nieco. W nastroju pościgu filmowego Marshall obrócił się do tyłu, wycelował palec przez tylną szybę i powiedział:
– Pif! Paf!
– Nie rób tego! – ostrzegł go Bobby. – Mogą to opisać.
Przy bramie wjazdowej Hope zamienił kilka słów ze strażnikiem, a potem wjechał na płytę lotniska. Bobby obejrzał się i patrzył, jak brama zamyka się przed nosem reportera. Ford się zatrzymał. Strażnik nachylił się, żeby porozmawiać z kierowcą, po czym ford zaczął pruć za nimi!
– Hej! – wrzasnął Bobby. – Co tu się dzieje?
Hope skierował się prosto do najbliższego wyjazdu i opuścił płytę lotniska. Ford pojechał za nimi. Hope zawrócił i ponownie podjechał do bramy. Tym razem powiedział strażnikowi, co się stało, i poinformował go stanowczo, że zielony ford nie ma prawa wjeżdżać na płytę lotniska. Kiedy Hope ruszył, wszyscy pasażerowie mercurego obejrzeli się, żeby popatrzeć.
Ford się zatrzymał. Strażnik pochylił głowę blisko okna kierowcy i zaczął mówić. Ford nagle wystartował. Strażnik zatoczył się do tyłu. Zielony ford znowu był na płycie lotniska!
Bybby był w tym momencie naprawdę przerażony.
– Co to za ochrona? Nic dziwnego, że porywają samoloty!
– Jadę prosto do samolotu – powiedział Hope z zawziętą determinacją w głosie. – Są tam strażnicy.
Hope podjechał do samolotu i zaparkował. Zielony ford zatrzymał się kawałek dalej. Indridason wszedł na pokład, żeby sprawdzić, czy załoga jest gotowa. Hope wydał polecenie obsłudze, żeby załadowała bagaże grupy Fischera. Jeszcze zanim zakończono załadunek, reporter z zielonego forda czekał u stóp trapu pasażerskiego.
Marshall wysiadł z auta i rozpoczął z nim rozmowę. Reporter obiecał, że nie będzie niepokoić Bobby’ego.
– Ja tylko chcę być pewny, że on faktycznie leci tym samolotem.
Kiedy Indridason wrócił, Bobby wysiadł z samochodu i poszedł za nim w kierunku trapu. Lombardy i Marshall szli z tyłu. To się działo. Bobby wchodził na pokład samolotu. On leciał do Islandii! On...
Stanął jak wryty i patrzył na rudowłosego mężczyznę, który czekał u szczytu trapu. Thorbergsson uśmiechał się serdecznie, prosząco. Rozumiał, że jego przyjaciel był zbyt zajęty, żeby się z nim spotkać wcześniej. Ale z pewnością po tym, jak odbył tę daleką podróż, mógł przynajmniej być pierwszą osobą, która powita Bobby’ego na islandzkim terytorium.
Bobby poczerwieniał. Pokazując palcem na górę trapu, krzyknął:
– Usunąć tego człowieka!
Thorbergsson zmarkotniał. Indridason popchnął go delikatnie do środka samolotu, a stewardessa odprowadziła go do jego miejsca.
Indridason dał znać, że droga wolna. Bobby wszedł po trapie, za nim Lombardy i Marshall.
Był to wąskokadłubowy odrzutowiec pasażerski Douglas DC-8 z 249 miejscami na pokładzie, największy samolot linii lotniczych Loftleidir. Bobby nalegał, żeby siedzieć w ostatnim rzędzie. Lombardy wyjaśnił Indridasonowi:
– On chce widzieć, co się dzieje przed nim!
Indridason później określił to inaczej: „Chciał być pewny, że nic nie dzieje się za jego plecami!”
W ostatnim rzędzie Bobby zażyczył sobie miejsca przy oknie. Indridason wytłumaczył taktownie, że to konkretne miejsce przy oknie ma pewne wady. Prawdę mówiąc, jest to najgorsze miejsce w samolocie. Oparcia nie da się całkiem opuścić, a sufit jest tak nisko, że pasażer nie może przechylić głowy w prawo.
Bobby nie dbał o to. Chciał właśnie tego miejsca.
Lombardy dał Indridasonowi ponadstukilowego kuksańca.
– Pospiesz się – mruknął do niego. – Usiądę obok niego. Nie będzie mógł uciec.
Bobby usiadł, Lombardy wcisnął się na sąsiednie siedzenie. Marshall zajął miejsce od strony przejścia.
Bobby dokładnie zapiął pas i podniósł głowę. Dwa rzędy z przodu, na ukos po drugiej stronie przejścia, zobaczył znajomą twarz, uśmiechającą się niepewnie w jego kierunku. Thorbergsson.
Oczy Bobby’ego stężały.
– Usunąć tego człowieka! – zażądał głośno.
Usta Thorbergssona poruszały się w zdumieniu jak pyszczek złotej rybki. Indridason popychał go uprzejmie do miejsca dalej z przodu. Jego miejsce zajęła zgrabna blondynka.
– Teraz lepiej? – zapytał Indridason i mrugnął do Bobby’ego.
– W porządku – odpowiedział Bobby.
– A to jest Ingibjorg, twoja osobista stewardessa. Będzie się tobą wyjątkowo dobrze opiekować.
Usunął się na bok i odsłonił atrakcyjną młodą kobietę w uniformie linii lotniczych.
– Lofteidir wita pana na pokładzie – powiedziała słodko i wręczyła Bobby’emu wielki koszyk owoców na dobrą podróż.
Oczy Bobby’ego rozszerzyły się.
– Dziękuję! Dziękuję! – Przyglądał się owocom zachłannie. – Bardzo dobrze!
Indridason życzył mu szczęśliwej podróży i wspaniałego zwycięstwa. Bobby kiwnął głową z roztargnieniem. Nie mógł oderwać oczu od owoców.
Kiedy DC-8 toczył się ciężko w stronę pasa startowego, Hope i Indridason stali na betonowej rampie i patrzyli.
– To niemożliwe, że mamy tyle szczęścia – powiedział Indridason. – Zaraz odpadnie prawy silnik zaburtowy.
Ale nie odpadł.