Your network blocks the Lichess assets!

lichess.org
Donate

https://firefly.adobe.com/generate/image?ff_campaign=embed_generate_acom&promoid=TG8SL6TN&mv=other

Czy można się cieszyć szachami grając tak sobie...

Off topicChess
Tekst ten pochodzi z mojego blogu poświęconego terapii uzależnień https://psychoterapeuta.blog/

Niedawno zakończył się festiwal szachowy w Ustroniu. Jan-Krzysztof Duda rozegrał tam wygrany mecz szachów szybkich z Dommaraju Gukeshem. Zainteresowani tą dyscypliną wiedzą, że nazwisko Dudy było gwarancją najwyższego światowego poziomu. Gukesha zresztą też, choć akurat on ponoć bardziej ma przede wszystkim genialną pamięć. Nieważne, to są detale. Piszę o nich, ponieważ dla mnie wydarzenie to jest pretekstem, by zadać – w gruncie rzeczy retoryczne – pytanie o to, czy można czerpać przyjemność z szachów na poziomie Elo 1200* punktów. Elo** - należy to dla porządku wyjaśnić - jest systemem punktowym służącym do określania siły zawodników rosnącym, gdy wygrywamy z silniejszymi i spadającym po porażkach. Dla porównania wspomniani arcymistrzowie mają Elo przekraczające 2700...

Ja, po trzech miesiącach systematycznych treningów szachowych, mam w ich klasycznej odmianie około 1250.

Obiektywnie patrząc to mało, gdyż gram lepiej niż tylko około 20% graczy rozgrywających partie klasyczne na lichess.org, niemniej jednak subiektywnie, biorąc pod uwagę mój niespełna studniowy staż gracza, to całkiem sporo. Zwłaszcza, że zaczynałem z praktycznie zerową wiedzą, bo wprawdzie ogóle zasady poznałem już dekady temu, jednak nigdy wcześniej nie zadałem sobie trudu, by spróbować zgłębić w podstawowym stopniu tajniki tej niesamowicie trudnej i niepowtarzalnej gry. Teraz po blisko tysiącu (z dwóch...) poprawnie rozwiązanych zadań szachowych na normalnym poziomie trudności i setkach rozegranych w jakimś rozsądnym, dającym mi szanse na przemyślenie każdego ruchu tempie partii z rywalami mającymi zbliżony do mojego ranking, coś już wiem. Nie jest to wprawdzie teoria debiutów lub przynajmniej dobra znajomość choćby jednego z nich, niemniej jednak mogę bez lęku usiąść do szachownicy i grając proste szachy, na początek próbować opanowywać jej środek, wyprowadzać lekkie figury, zrobić roszadę i starać się podstawić pod bicie mniej bierek niż równie wyśmienity jak ja taktyk po drugiej stronie. To naprawdę wystarczy, bym miał szanse wygrać z każdym z rankingiem Elo zbliżonym do mojego (lub oczywiście niższym). I – przechodzę do odpowiedzi na zadane na wstępie pytanie retoryczne – nie trzeba niczego więcej, by w pełni cieszyć się grą w szachy. No, może poza ambicją mierzenia się ze znacznie lepszymi, gdyż to zawsze zakończy się porażką.

Dlaczego tak się dzieje łatwo zrozumieć wyobrażając sobie na przykład jakiegoś doświadczonego i utytułowanego karatekę z czarnym pasem, który dostaje propozycję walki od jakiegoś leszcza znającego trzy techniki na krzyż, które ten na dodatek potrafi zastosować poprawnie wtedy, gdy rywal odpowiednio ustawi ręce. Jest oczywiste, że zostanie zmiażdżony nim dobrze rozejrzy się wokół. W szachach to także reguła od której wyjątki zdarzają się niezmiernie rzadko i są raczej wynikiem niedoszacowania potencjału gracza, względnie poważnego błędu mistrza niż objawieniem geniuszu znikąd. Być może zresztą i takowy występuje od czasu do czasu, jednak jest czymś na tyle rzadkim, że śmiało można pominąć to w statystykach. A te są brutalne: gracz z Elo podobnym do mojego praktycznie na pewno zostanie sponiewierany przez gracza z Elo +-1800 punktów, albowiem tylko jeden z nich potrafi przyzwoicie grać w szachy.
Puentując, warunkiem koniecznym czerpania radości z gry jest pokora i dobór przeciwników nieznacznie tylko od nas lepszych. Sam właśnie tak robię ciesząc się codziennie nie tylko z drobnych, niekoniecznie trwałych i systematycznych postępów, ale także i tego, że wszelkie Twittery, Instagramy i inne dopaminowe oszustwa poszły w odstawkę. Teraz, gdy mam wolny czas robię zadania szachowe, gram, analizuję partie. Mam wprawdzie gdzieś w głowie myśl o piątej, a może i czwartej kategorii szachowej w perspektywie najbliższego roku, ale to tylko ewentualnie i niekoniecznie. Ważne, że od kwartału wreszcie marnuję czas mądrzej odkrywając, że pomimo mocno już średniego wieku nadal całkiem nieźle potrafię wykorzystywać szare komórki, do których ćwiczenia w ten sposób wszystkich czytających ten tekst teraz zachęcam. A jaki ma to związek z tematyką tego bloga? Ano taki, że wychodząc z uzależnienia należy właśnie w ten sposób postępować – szukać różnych aktywności, które mogą dawać nam satysfakcję sprawiając, że myśl o sięgnięciu po jakąś substancję lub zachowanie staje się coraz mniej atrakcyjna. W poszukiwaniach tych trzeba też zachować zdrowy umiar, czyli nie myśleć od razu o sukcesach i nie snuć zbyt dalekosiężnych planów. Mówiąc inaczej, mierzyć siły na zamiary, gdyż w przeciwnym razie czeka nas tylko frustracja i rozczarowanie, które są świetnymi pożywkami dla tej choroby.

*Ilość zdobytych punktów Elo jest różna w zależności od czasu, w jakim rozgrywa się partie. Liczone jest osobno dla partii klasycznych, szybkich (rapid) i błyskawicznych (blitz). Wspomniany Jak-Krzysztof Duda najwyższy ranking ma w partiach błyskawicznych, a Gukesh w klasycznych. Ja najwyższe Elo mam także w klasycznych, w szybkich mniejsze o około 200 punktów. W błyskawiczne już nie gram, bo na moim poziomie nie ma to najmniejszego sensu.

**Nazwa „ranking Elo” pochodzi od nazwiska jego twórcy, Arpada Elo — węgiersko-amerykańskiego fizyka i szachisty amatora.